Część I
Po wielu godzinach drogi dotarliśmy do malowniczo położonej Pienzy. Stąd do celu naszej podróży pozostało zaledwie parę minut jazdy samochodem, a z centrum miasteczka na pieszo około dwóch kwadransów drogi.
Wypicie podwójnej espresso przy barze zajęło kilka chwil. Barman wydaje się, że nas poznał. Zeszłego lata wypiłem u niego wiele filiżanek gęstego eliksiru z pianką.
-Buongiorno Antonio – przywitałem się z barmanem.
-Ciao Jacek – usłyszałem w odpowiedzi.
Był kimś ważnym w tej małej społeczności. Zapamiętał moje imię, czego się nie spodziewałem. Zapytał jeszcze co sprowadza nas w te strony pod koniec lata. To właśnie wtedy z żoną uciekamy z miejskiego gwaru. Poszukujemy miejsc, w których poczulibyśmy smak wolności, bezpieczeństwa i spokoju. Poszukujemy natchnienia dla naszych pasji.
Myślimy, że to miejsce znajduje się gdzieś w Umbrii lub Toskanii, lecz odnalezienie tego jedynego może zająć sporo czasu, a kto wie może nawet całe życie.
Niewielu szczęśliwcom udało się poczuć to, co dało im pewność, że odnaleźli nowy dom.
Antonio zajął się pracą i ulubionymi rozmowami z klientami. Przyglądamy się jak przyrządza kolejne kawy. Jego stary ekspres dźwigowy od lat pracuje bezawaryjnie, przygotowując najlepsze espresso.
Żegnamy Antonio mówiąc, że tym razem zatrzymujemy się w Agroturismo Santa Maria i jutro u niego znów będziemy.
Jedziemy bardzo powoli szutrową drogą, która wije się pomiędzy polami, a strzeliste cyprysy wyznaczają nam szlak, wprost do celu.
Za nami kłęby wznieconego pyłu, skutecznie bronią dostępu do Santa Maria.
Po obu stronach drogi, na hektarach ziemi zieleni się w rzędach winorośl.
O tej porze roku nie są jeszcze gotowe do zbiorów, potrzebują wielu dni słonecznej pogody.
Wjeżdżamy na teren Agroturismo.
W miejsce winorośli pojawiły się drzewa oliwne, a po wielkości i grubości ich pni wnioskujemy, że są dość stare, ale w bardzo dobrej kondycji. Ich korony są bujnie, rozwinięte i zanosi się na obfite zbiory.
Po prawej stronie drogi dojazdowej, pod jednym z drzew oliwnych stoi stary stolik i kilka krzeseł. Jakby chwilę temu ktoś odszedł, pozostawiając kieliszki i karafkę wina.
Mijamy pierwsze zabudowania gospodarcze, a w nich stojące małe traktory i kosiarki, kilka rowerów i niezliczone ilości sprzętu niewiadomego przeznaczenia, nie licząc grabi, łopat i szpadli. Są też wielkie wiklinowe kosze do zbierania plonów i drewniane drabiny.
Pod drzewem stoi sfatygowany trzykołowy pojazd Piaggio, w którym dwie jadące obok siebie osoby dotykają się ramionami. Tuż obok skuter oparty o wiekowego Fiata 500 z uchylonym brezentowym dachem.
Czy to możliwe, że tyle dobra znajduje się w tym jednym miejscu? Każdy z tych pojazdów stanowi element historii Włoskiej motoryzacji i opowiedzieć o nich można osobne historie.
Powoli dojeżdżamy do zniszczonej kamiennej ściany, porośniętej wijącą się roślinnością.
Jak się później dowiedzieliśmy, ruina była częścią stojącego w tym miejscu średniowiecznego kościoła. Do dzisiejszych czasów dotrwał jedynie narożnik, pełniący rolę jednej ze ścian ogrodowej altany z drewnianym dachem.
Gospodarze widać nie polubili tego miejsca, zostawiając je losowi i działaniu przyrody, a szkoda, bo jest bardzo urokliwe.
Stawiamy samochód niedaleko okazałego dwupiętrowego domu, na wyznaczonym miejscu wyłożonym starymi kamiennymi płytami.
Dom wygląda na stary, do pierwszego piętra zbudowany z ogromnych głazów, zwieńczony został kopertowym dachem z szerokim gzymsem, na którym symetrycznie położono czerwone dachówki.
Na każdej kondygnacji są trzy okna, pod środkowymi znajduje się duży balkon z finezyjnie zdobioną balustradą, przez którą widać stojący stolik i dwa krzesełka. We wszystkich oknach są zainstalowane okiennice, które znakomicie współgrają z całą budowlą i nadają jej specyficznego charakteru…
Nie zamykamy samochodu. Idziemy na poszukiwanie właścicieli, poruszając się wzdłuż zachodniej ściany domu, w której po środku znajdują się trzy okna, po jednym na każdej kondygnacji.
Zachodzimy dom od południa i naszym oczom ukazuje się różnokolorowy ogród kwiatowy. Na przestrzeni kilkudziesięciu metrów posadzone są dziesiątki gatunków kwitnących kwiatów. Pomiędzy nimi poprowadzone są wąskie ścieżki wyłożone drobnymi kamyczkami.
Od południa dom wygląda jak dworek. Na piętrze, nad dużą werandą znajduje się taras, okolony rzeźbioną barierką, na jego rogach umieszczono murowane cokoły w kształcie wież, zwieńczone półmetrowej wysokości miedzianymi latarniami, w których znajdują się wysokie świece.
Drzwi do werandy były szeroko otwarte. Wewnątrz znajdowały się zabytkowe stoliki i fotele, szerokie sofy i kanapy.
Na jednej z nich spał starszy pan, a na fotelu kobieta. Zasnęła zapewne podczas lektury książki, którą nadal trzymała w dłoni, a która leżąc przykrywała jej piersi.
Rozpoznajemy w tych ludziach naszych Gospodarzy. Wiedzieliśmy wcześniej ich zdjęcia umieszczone gdzieś przy opisie Agroturismo.
Nie chcieliśmy przerywać popołudniowej sjesty właścicieli. Usiedliśmy więc na wygodnej kanapie, dokładnie pośrodku werandy, gdzie po lewej stronie znajdowało się miasteczko Monticchello, a po przeciwnej Pienza.
Po obu stronach domu teren wznosi się łagodnie w kierunku obu miasteczek, tworząc idealny mikroklimat dla dojrzewania winogron i oliwek.
Weranda, to bardzo przestronne i jasne pomieszczenie. W jednym jej rogu stoi piękny okrągły stary stół i sześć rzeźbionych krzeseł, których siedziska pokryte są czekoladowego koloru skórą. Pamiętam z dzieciństwa, że moja Babcia miała podobne.
Do wnętrza domu prowadzą szerokie podwójne drzwi, lecz w tej chwili zamknięte. Nasz wzrok z łatwością jednak penetrował wnętrze, przenikając przez dziewięć szlifowanych szybek znajdujących się w każdym skrzydle. Z werandy wyjść można szerokimi drzwiami lub węższymi znajdującymi się w bocznych ścianach. Drewniany sufit zdominowany został przez grube drewniane legary, pomiędzy którymi wisiały żyrandole dzielące tą powierzchnię na trzy równe części. Na ścianach wisiały kinkiety z kryształowymi kloszami. Z wnętrza domu, dochodziło wyraźne i dostojne bicie zegara, który wybijał właśnie godzinę szesnastą. Gdy ucichło, staruszkowie jak za muśnięciem czarodziejskiej różdżki obudzili się, zwracając na nas natychmiast uwagę. Przeprosili za niedogodność czekania i brak gościnności z ich strony.
-Zrozumiemy sens sjesty, dopiero gdy zamieszkamy w tych okolicach na dłużej – powiedział Gospodarz – Sjesta wpisana jest w kulturę tych stron i traktowana jest jako swoisty rytuał.
-Tu nie chodzi wyłącznie o wypoczynek po ciężkiej pracy podczas bardzo upalnej pogody, a oczyszczanie umysłu z napięć i złych emocji – mówił dalej.
-Sjesta przybliża nas do siebie, jest to czas przebywania z samym sobą i budowania ze sobą relacji. Nasze umysły przenoszą nas w stan lekkości co uwalnia nas od ciężaru trosk – powiedziała Gospodyni – Stajemy się przez to łagodniejsi i bardziej wyrozumiali dla siebie i otaczającego nas świata.
– Jestem Federico, a to moja żona Konstancja – powiedział do nas po wstępie o sjeście właściciel Agroturizmo –
-Miło jest nam gościć Was w naszym domu.
Pomiędzy Pienzą, marzeniami, a Monticchello.
Część II
Już rok temu mieliśmy odwiedzić to miejsce, lecz wracać musieliśmy do kraju. Ty razem jednak los się do nas uśmiechnął, a właściciele Santa Maria zdecydowali się przyjąć nas w apartamencie na piętrze z widokiem na Pienzę i Montichcello. Codziennie rano, na parterze domu, będzie na nas czekać fantastyczne śniadanie, przygotowane przez właścicieli, których dzieci wyruszyły w świat za ocean i od lat nie odwiedzają tego miejsca.
Konstancia i Federico są zmęczeni życiem i zmaganiem się z chorobami. Z trudem poruszają się po pagórkowatym terenie swojej wielkiej posiadłości. Szczerze podziwiamy ich zapał i przywiązanie do ziemi. Dbają o wszystko na ile sił im starcza. Planowane na ten rok posadzenie nowych sadzonek winogron na kolejnym hektarze ziemi, wydaje się być ponad ich siły. Tyle zdołali nam opowiedzieć pierwszego popołudnia.
Polubili nas. Są otwarci i chętnie opowiadają historię swojego życia, ale czujemy, że oczekują od nas większego wsparcia. Dlatego pomagamy w najdrobniejszych sprawach, bo z nich składa się większa całość. Zaczynamy uczestniczyć w codziennej pracy i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem parunastu hektarów winnic, gajów oliwnych oraz ogrodów i sadów jabłkowych.
…A zachód tego wieczoru był bajkowy…
Następnego dnia po śniadaniu około godziny dziesiątej idziemy spacerem do Antonio na kawę. Przy okazji zrobimy zakupy dla Konstancji i Federico. W tym celu odwiedzimy piekarza Mauro i sklepik mięsny Andrei i Laury. Planujemy tego dnia przywitać się z Pienzą, która za każdym kolejnym razem odkrywała nam swe uroki. Do Agroturismo wracamy późną nocą.
Kolejnego dnia po śniadaniu umówiliśmy się z Federico na obchód winnicy.
Konstancja przygotowała nam kilka potraw na śniadanie. Wszystkie składniki pochodzą z najbliższej okolicy lub wytworzone zostały tu na miejscu w Santa Maria. Najsmaczniejszy był serek z mleka krowiego podobny w konsystencji do mozzarelli posypany odrobiną soli i ziołami do tego pomidory i liście bazylii. Oczywiście nie zabrakło cienko pokrojonego prosciutto, które produkuje Andrea i Laura z Pienzy. Śniadanie podane w ogrodach na tyłach domu, z malowniczym widokiem, jest niesamowitym dla nas przeżyciem. Rozmawialiśmy wiele o pracy w winnicy i gaju oliwnym, które istnieją jedynie dzięki tym dwojgu starszym ludziom. Mamy wrażenie, że to miejsce zatrzymało się w czasie, a on sam liczy się tu porą roku, a dzień wysokością słońca na niebie. Czujemy, że to miejsce posiada swoisty klimat, który zaczynamy rozumieć. Pomimo wielu obowiązków na farmie, nikt się zbytnio nie spieszy. W zabudowaniach gospodarczych pojawili się mężczyźni, ubrani w kombinezony robocze. To oni, czasami na zlecenie gospodarzy, pomagają w cięższych pracach.
Konstancja przerwała nasze zamyślenie i zapytała, kto ma ochotę na kawę, a właściwie to chyba nie było pytanie. Gospodyni poszła do kuchni. Bardzo powoli i niechętnie kończymy proste, a zarazem wspaniałe śniadanie. Dojadam pieczywo, które z oliwą wyprodukowaną na miejscu, jest delikatne w smaku, bo cóż więcej można powiedzieć o smaku. Federico wskazał mi palcem drzewa oliwne, które rosły nieopodal.
…Z któregoś z tych drzew zerwane zostały oliwki, z których oliwa stoi w butelce na stole, powiedział Federico.
Dopiero dzisiaj zauważyliśmy, że w sąsiedztwie werandy stoi wielki murowany, obłożony kamieniami, piec chlebowy. Zapewne już od dawna nic w nim nie wypiekano, a palenisko wypełnione jest zeszłorocznymi liśćmi i patykami. Żeliwne, podwójne drzwi są lekko uchylone, jakby zapraszały do wnętrza, w którym zmieściłoby się kilka dużych ciast pizzy albo kilkanaście bochenków chleba. Całość budowli zwieńczona jest trzymetrowej wysokości kamiennym kominem, zakończonym czapą płasko ułożonego łupkowatego kamienia. Osmolone brzegi wskazują, że kiedyś musiał być często używany. Federico zauważył, że przyglądam się jego działu.
…Zbudowałem go ponad czterdzieści lat temu – powiedział ze łzami w oczach …I nadal jestem dumny z niego-dodał.
Rozpalenie go do właściwej temperatury trwa wiele godzin. Ale wtedy ciepło utrzymuje się w nim przez kilkanaście godzin i wymaga jedynie dokładania do ognia małych polan. Usiedliśmy na wygodnie kamiennej ławie, ustawionej tuż obok pieca.
…Kiedyś sami wypiekaliśmy z żoną chleb, peklowaliśmy mięsa i wędziliśmy w nim szynki i kiełbasy. Przesiadywaliśmy na tej ławce całe dni na zmianę, bo trzeba było doglądać ognia, aby nie był za duży-mówił Federico.
Niespodziewanie podeszła do nas Konstancja.
…Nie mamy już komu wypiekać chleba, czy wędzić mięsa. Robiliśmy to z pasją dla naszych dzieci. Później, gdy wyjechały, jeszcze kilka lat zaopatrywaliśmy w nasze wyroby sklep Andrei i Laury.
Postawiła na stół zaparzoną w czajniczku kawę, wcześniej mieląc na świeżo ziarna kawy. Jej aromat targany lekkim wiatrem roznosił się po okolicy.
…Sekretem dobrej kawy jest nasza woda-powiedziała Konstancja.
Jest wydobywana w głębin i jest krystalicznie czysta. Można ją pić bez uzdatniania i gotowania.
Zachwycam się kawą. Jest gęsta i koloru ciemnej czekolady, a pianka ma jasno brązowy kolor i utrzymuje na powierzchni łyżeczkę brązowego cukru, może nawet dwie.
Siedzimy w milczeniu i marzymy, a w rozpalonym piecu dostrzec można penta kiełbas i zasznurowane szynki, a żar bijący od paleniska rozgrzewa nasze twarze… Czy to jest realne ?
Zachwycamy się z Joasią każdym napotkanym w tej okolicy kamieniem i rosnącym drzewem. Kawałkiem chodnika, czy kamiennym murem. Tego wieczora zasypiamy prawie bez słów.
Kolejny dzień pobytu i kolejne wspaniałe śniadanie z „widokiem”. Poranne przesiadywanie na tarasie przed domem, popijanie kawy czy rozmowy z Federico i Konstancją o zwyczajnym, prostym życiu, weszły nam do planu każdego dnia pobytu w Agroturizmo Santa Maria niedaleko Pienzy.
Tego dnia Federico chce pokazać nam granice ziemi należące do Santa Maria. Na mapie pokazuje zakreślony na zielono dość spory obszar, na który składa się kilka mniejszych działek.
Tworzą razem szesnaście hektarów gospodarstwa, położonego na łagodnie pagórkowatym terenie pomiędzy Monticchello, a Pienzą.
Mniej więcej po środku, wije się mały strumyk, zasilający kilka studni i tworzący małe rozlewisko. Tu ojciec Federico hodował ryby i dostarczał je do sklepu w Monticchello. Do dzisiaj niedaleko stawu stoi stara wędzarnia. Zbudowana podobnie jak piec z kamienia według oryginalnego projektu miejscowego specjalisty. Federoco pamięta jak ojciec co kilka dni wędził kilkanaście pstrągów i jedli je potem na śniadania. Już nie uruchamiają wędzarni, tak samo, jak pieca.
…Brakuje mi już sił i chęci do wszystkiego. Jesteśmy z Konstancją zmęczeni prowadzeniem Agroturizmo-powiedział Federico.
Z każdym dniem coraz bardziej chłoniemy tutejszą codzienność. Nie rozmawiając o tym, niemal jednocześnie zaczynamy odczuwać ogromną sympatię do gospodarzy i do tego magicznego miejsca. Coraz bardziej rozumiemy rytm każdego dnia.
Zauważamy, że od pewnego czasu Federico nie traktuje nas już jak gości i nie prosi nas o pomoc, lecz mówi i pokazuje to co zwykle w tym czasie wykonuje w gospodarstwie. To jest niesamowite, że po dwóch tygodniach od naszego przyjazdu nawiązały się między nami relacje niemal rodzinne.
Konstancja na tyle polubiła Joannę, że wtajemnicza ją we wszystkie tajniki kuchni i tajemnice sekretnych przepisów kulinarnych, skrywanych przez pokolenia i przekazywanych jedynie kobiecie z rodziny. W tym jednak wypadku Joasia czuje się traktowana jak ich córka, otoczona ogromnym szacunkiem i ciepłem rodzinnym.
Zbliżało się coroczne święto plonów, organizowane w pierwszy piątek i sobotę listopada. Konstancja przez kilka dni szyła jakieś ubrania na swojej starej maszynie do szycia. Okazało się, że uszyła Joannie piękną suknię oraz nakrywający ją szal. Moment, w którym poprosiła Joasię do swojej garderoby i wręczyła te ubrania, był jednym z piękniejszych i wzruszających chwil podczas naszych dotychczasowych podróży. Gdy wyszła przed dom, nawet Federico powiedział do swojej żony, że wybrała godną siebie następczynię. Zaraz potem z jego oczu poleciały łzy. Joasia wyglądała przepięknie w kolorowej sukni. Była delikatnie zdobiona wyszywanymi wzorzystymi mozaikami, charakterystycznymi dla okolic Pienzy. Widzieliśmy kiedyś podobne na wystawach sklepów we Florencji czy Mediolanie. Konstancja wspominała, że ma w planie zaprowadzić Joasię do miejscowego wytwórcy butów, słynącego z ręcznie wytwarzanego obuwia.
Federico przez kilka następnych dni wychodził z domu, skoro świt. Chciał być sam ze swoimi myślami. Wracał w porze obiadu i niewiele mówił, aż do kolejnego dnia. Poprosił mnie abym po śniadaniu poszedł wraz z nim, bo chce mi coś pokazać.
Więc poszliśmy razem, a dzień był upalny.