Kluczyk z Arezzo

Targ antyków w Arezzo – Fiera Antiquaria di Arezzo, odbywa się nieprzerwanie od 1968 roku w pierwszą sobotę i niedzielę miesiąca i jest jednym z najstarszych i największych targów antyków we Włoszech.

Ulice i place miasta oraz ogrody Parco della Fortezza Medicea na wzgórzu San Donato zamieniają się wówczas w ogromną galerię antyków i różności.

Aby dostać się do Parco, skąd rozpościera się panorama na miasto i okolice, pokonać należy uliczki starego miasta wspinając się wzdłuż przepięknych fasad średniowiecznych budynków. Dolne kondygnacje i niektóre piętra najczęściej zaadaptowane są na galerie, kawiarnie, czy choćby sklepiki z antykami.

Aby pomieścić w nich eksponaty pootwierano wszystkie drzwi i okna. W pozostałe dni pomieszczenia służą za magazyny. Na podłogach, ścianach i sufitach zgromadzono niezliczone ilości różnych przedmiotów, przez co praktycznie nie da się wejść do tych pomieszczeń. Stąd zainteresowani i zaciekawieni przechodnie gromadzą się na chodnikach i ulicach, gdy tylko zauważą coś dla siebie interesującego. I w ten sposób większość starego miasta przeistacza się w tych dniach w swoistą galerię, którą odwiedza ogromna rzesza kolekcjonerów z całego świata, czasami jedynie z ciekawości, aby tylko zobaczyć coś wyjątkowego dla siebie. Nam też udzieliła się ta atmosfera i co chwila przystawaliśmy i z zaciekawieniem skupialiśmy wzrok na wybranych przedmiotach.

Nie znaleźliśmy się w Arezzo w tym dniu przez przypadek. Jadąc do Arezzo na targ mieliśmy cel, choć uroda tego miasta mogła być wystarczającym argumentem, aby zjawić się tu i kto wie, może nawet pozostać na dłużej…

Idąc jedną z głównych ulic miasta mijamy wielu elegancko ubranych ludzi. W znacznej większości młodzież, choć naszą uwagę skupiamy również na starszym pokoleniu.

Niewiele jest miejsc, gdzie pokolenie starszych ludzi jest tak elegancko i modnie ubrane. Takie są Włochy i Włosi. Jeśli w takich barwach prezentuje się jesień życia, to chyba nigdzie indziej, jak właśnie we Włoszech chcielibyśmy spędzić sporą część tego czasu.

Zauważamy sporo osób, które spotykając znajomych głośno rozmawiają, gestykulując przy tym dynamicznie. Pogoda tego dnia jest wyśmienita i wyraźnie sprzyja ulicznym spotkaniom, a niezliczona ilość kawiarenek zaprasza do siebie, serwując coś dla ciała i duszy.

Usiedliśmy na szerokich kamiennych schodach jednej z okazalszych kamienic w tej okolicy, vis a vis sąsiadujących ze sobą kilku kawiarenek, których stoliki usiały całą szerokość chodnika i ulicy, a ruch samochodowy zamarł.

Z wielu miejsc dochodzą do nas dźwięki muzyki na żywo. Słyszymy wyraźnie fortepian i rytmy jazzowe. Przeplata się Eros Ramazotti, Andrea Bocelli, Laura Pausini i Gianna Nannini…, aż miło wtapiać się w ten klimat i poczuć jak ci, na których patrzymy, a którzy tworzą tę atmosferę swoją obecnością.

Pijemy kawę przy barze jednej z bardziej znanych kawiarni w Arezzo. Na ścianach lokalu w ozdobnych ramach wiszą fotografie z przed kilkudziesięciu lat. Przedstawiają to samo miejsce i elegancko ubranych gości tego lokalu.

Styl ubierania się Włochów jest trudny do naśladowania. Nie sposób pomylić Włocha czy Włoszki z np. Anglikiem, czy Niemcem. W ich stylu jest pewien rodzaj lekkości, którego nam obcokrajowcom brak. Ale nie tylko o tę lekkość w stylu ubierania chodzi. Włosi posiadają coś jeszcze, czego nie ma nikt inny. Jest to podejście do życia, do ludzi, do przeszłości i do chwili obecnej. Teraźniejszość jest wynikiem przeszłości, a przyszłość to dzisiejszy wieczór, który niedługo nastąpi.

Oni nie odcinają się od tego co za nimi, co pozostało w przeszłości. Włosi zabierają ze sobą całą przeszłość. W tym ich bogactwo, siła i lekkość zarazem. Są pochodną tych kim byli ich przodkowie i ojcowie. Szczycą się tym pochodzeniem. Włosi nie budują teraźniejszości bez fundamentu pochodzenia i łączności z tym co już przeżyli i czego doświadczyli.

Patrząc na liczne fotografie z przed wielu lat, czujemy się dumni, że i my w tym miejscu, przy tym samym barze co oni, pijemy espresso.

Czy czujemy to samo co oni w tamtej chwili, pijąc kawę? Kto wie. Odnieśliśmy wrażenie, że i my dokładamy do tego miejsca coś od siebie, że budujemy jego historię. Jesteśmy świadomi, że za kilka dziesiątek lat, ktoś inny w tym samym miejscu, przy tym samym barze wypije espresso.

Stojąc tak obok starego baru i będąc jeszcze pod wrażeniem klimatu starych zdjęć, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mimo iż otaczają nas obcy ludzie, że będąc z dala od domu, rodzin i znajomych, czujemy się bezpiecznie i dobrze. Czujemy jakbyśmy znali ich wszystkich, którzy tak jak my rozmawiają, śmieją się, słuchają i patrzą. Ci ludzie pokazując nam swoją historię zatrzymaną w kadrze, witają się z nami i przedstawiają. W żadnej chwili nie czujemy się obco i niepewnie. Wręcz przeciwnie, opuszczając kawiarnię mamy wrażenie, że jesteśmy zapraszani do powrotu, aby jeszcze tu pozostać. Kto wie może odwiedzi to miejsce miejscowy fotograf…

Takie odczucia mamy jeszcze po miesiącach od tych chwil. Zaraziliśmy się wirusem włoskiego pochodzenia…

Byliśmy wówczas w Arezzo w pierwszą sobotę września. Idąc dalej w stronę Parco, w centrum miasta natrafiamy na przygotowania do niedzielnych zawodów i rywalizacji zawodników z poszczególnych dzielnic miasta. Widzimy ogromne ilości piasku zwiezionego dla wyłożenia nimi kilku ulic, na których odbędzie się gonitwa koni, których dosiadać będą jeźdźcy w odświętnych strojach.

Fasady domów przystrojone zostały flagami i chorągwiami zacnych rodów mieszczańskich zamieszkujących Arezzo. Miasto przygotowuje się do corocznego święta.

Na jednym z niewielkich placów ustawiono kilkadziesiąt stołów biesiadnych, nakrytych obrusami i zastawami stołowymi. Robi to niesamowite na nas wrażenie. Kilkadziesiąt osób weźmie udział w wielkim przyjęciu na placu miasta, pod gwieździstym niebem. Zajęcie miejsca przy stole jest płatne, stąd teren dozorowany jest przez ochronę. Można jednak swobodnie poruszać się po nim, byle nie częstować się jak nieproszony gość. Widzimy zaplecze i chłodnie firmy cateringowej. Kilkunastu kelnerów w jednolitych strojach roznosi półmiski z potrawami. Stoły zapełniają się, tylko gdzie są goście. Być może stoją obok nas i czekają na odpowiedni sygnał do rozpoczęcia marszu do stołu w poszukiwaniu swojego miejsca. Widać miejsce dla orkiestry. Instrumenty już stoją i czekają na pierwsze takty.

Idąc dalej natrafiamy na trattoria, gdzie z kuchni dochodzi do nas wspaniały zapach owoców morza, a przy stolikach brak wolnych miejsc. I tak jest prawie w każdym napotkanym miejscu. Sądzimy po tych tłumach, że większość mieszkańców popołudniową i wieczorową porą wychodzi z domu i spędza ten czas w towarzystwie rodziny czy znajomych, posilając się pysznymi potrawami miejscowej kuchni.

Po kilku godzinach dochodzimy do wysokiego na kilka metrów muru, który grodzi bezpośredni dostęp do Twierdzy La Fortezza, będącą jednocześnie obszarem górującym nad miastem. Widać tu, że budowniczy projektując tego miejsce mieli na uwadze jego strategiczne położenie i obronny charakter.

Na terenie Parco znajdują się wspaniałe zabytki architektury i aby ze wzgórza San Donato zobaczyć panoramę miasta, należy jeszcze wspiąć się na część góry, aby ją zobaczyć.

Przy parkowych alejkach ulokowali się licznie przybyli wystawcy z antykami.

Spacerując alejkami pomiędzy starymi szafami, komodami, stołami i krzesłami, czy zaaranżowanymi pokojami gościnnymi, łazienkami i sypialniami z pełnym wyposażeniem, obrazami, lampami i świecznikami – poczuć można atmosferę domów z przed kilkuset lat. Większość antyków jest w idealnym stanie, co dodatkowo potęguje odczucie i bliskość ówczesnych czasów. Kupcy zapraszają do swoich stoisk, można wypróbować wygodę krzesła czy też zastanowić się nad kąpielą w stojącej wannie.

Naszym oczom ukazał się pewien starszy dystyngowany, wysoki mężczyzna. Ubrany w idealnie skrojony garnitur w dużą kratę, koszulę z odpowiednio dobranym krawatem oraz lakierowane brązowe buty. W ręku trzymał czarnego koloru laskę z jasną główką. Nie służyła mu ona jednak do podpierania się i pomocy podczas chodzenia. Była to laska dżentelmena z wyższych sfer, jakich brak już w takim wydaniu. Mężczyzna szedł z wrodzoną gracją i dostojeństwem. Był jak żywy eksponat, zwracając wyraźnie uwagę obecnych swoją elegancją i postawą. Szybko jednak zginął w tłumie przechodniów i do dzisiaj zastanawiamy się czy był on jawą czy snem…

Kilka miesięcy wcześniej, będąc jeszcze w rodzinnym kraju, z pewnego ogłoszenia młodej osoby, kupiliśmy stary rzeźbiony sekretarzyk. Młoda osoba napisała wówczas, że sprzedaje mebel swoich dziadków, bo nie miała miejsca na jego ustawienie w swoim nowym domu i że wadą tego mebla jest brak w nim kluczy do kilku zainstalowanych zamków. Jakież było nasze zdumienie, po obejrzeniu kilku dołączonych do ogłoszenia zdjęć. Sekretarzyk był rzeczywiście bardzo stary, ale zachowany w wyjątkowo dobrym stanie, jak na swoje wiekowe pochodzenie. Rzeźbienia znajdowały się na kilku czołowych frontach szuflad oraz dużym zamykającym wnętrze, stanowiącym jednocześnie blat. Po jego otwarciu ukazywało się tajemnicze wnętrze z wieloma małymi rzeźbionymi szufladkami oraz liczne przegródki. Patrząc na zdjęcia nie mogliśmy uwierzyć, że jest to mebel jakiego poszukiwaliśmy i że był on urzeczywistnieniem pewnej opowieści o sekretarzyku i ukrytym w nim liście z przeszłości…

Naszym celem w Arezzo było dopasowanie kompletu kluczyków do zamków naszego zabytkowego mebla. Planując wizytę na targu nie zakładaliśmy jednak, że osiągniemy nasz cel i że uda się nam kupić odpowiednie klucze. Byliśmy też już zmęczeni kilkugodzinnym zwiedzaniem miasta i szukaniem kluczy na wielu stoiskach. Postanowiliśmy jednak, aby po chwili odpoczynku ponownie podjąć się poszukiwań i uwolnić od tej presji.

Tym razem weszliśmy w alejkę, gdzie wystawiane były nieposegregowane eksponaty. Ale jak pośród setek przedmiotów mogło nam się poszczęścić…

Poszukiwania zatrzymały się przy stercie zardzewiałego i zaśniedziałego od starości i wilgoci żelastwa. Przeszukiwałem tę stertę starym wygiętym gwoździem, odsłaniając tak kolejne warstwy śrub, gwoździ, drutów i innego złomu, gdy wyłonił się zarys główki starego kluczyka, a obok drugiego i kolejnego. Niesamowite znalezisko. Stało się coś, co niby stać się miało, bo taki był cel. Jednak w głębi duszy każde z nas nie miało zbytnio nadziei na odnalezienie odpowiedniego klucza. Po wyjęciu kluczy z masy złomu i ich oczyszczeniu okazało się, że są to najprawdziwsze stare klucze do mebli. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że będą one pasowały do zamków i wzorem do charakteru starego mebla. Nasza chwilowa euforia szybko jednak ostygła. Wiedzieliśmy, że ceny na tym targu nie należą do niskich i że są jednymi z najwyższych na świecie i nie ma co liczyć na nasze „zdolności” do negocjacji. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy warto pytać o cenę i czy ta nie okaże się dla nas nieosiągalna. Nasze myśli krążyły wokół naszego mebla, który czekał by móc zaprezentować się w całej okazałości. Zastanawialiśmy się też, ile te klucze są dla nas warte. Czy należało tu w ogóle przyjeżdżać i robić nadzieję na ich zakup, a mogliśmy w kraju zakupić klucz w jednym z wielu punktów dorabiania za kilkanaście złotych i też otwierałyby z pewnością te stare zamki. Zastanawialiśmy się, czy przodkowie wybaczyliby nam taką pogardę dla tego starego mebla, wszakże klucz współczesny, jest bez duszy, bez historii i bez tajemnic. W końcu nawet jego kształt wytłoczony na współczesnych maszynach, taki idealnie symetryczny, nie pasuje do tego mebla i do naszej świadomości. Nie mogliśmy pogodzić się z tym, aby w taki sposób łączyć historię ze współczesnością.

Czyż nie jest tak, że stare sekretarzyki od zawsze obdarzane były przez ludzi pewnymi nadprzyrodzonymi cechami? Zapewne nasz mebel również takimi cechami był obdarzony. Uznając zatem, że nie jest jedynie poskładanym z kawałków desek meblem, postanowiliśmy, że zapytamy sprzedawcę o cenę. Przy stoisku znajdowało się kilku klientów i obsługa zajęta była tłumaczeniem pochodzenia jakiegoś przedmiotu. Trzymałem w ręku dwa klucze w taki sposób, aby obsługa mogła je zobaczyć, gdy zapytam o cenę. Zapytałem. Pani zamyśliła się i po chwili powiedziała coś po włosku, ale nie dosłyszeliśmy. W tym momencie powtórzyła po angielsku, co zabrzmiało jak euro. Ale ile euro. Jedno euro…!

Nie mogliśmy uwierzyć w to, co powiedziała ta kobieta. Nie, to nie jest możliwe. Może pomyliła się, choć wyraźnie pokazywałem przedmiot, o którego cenę pytałem. Jeszcze długo nie mogliśmy uwierzyć w cenę jaka została nam zaproponowana.  Jeszcze do dzisiaj wspominamy te chwile, a były one jednymi z bardziej zaskakujących podczas tamtego pobytu we Włoszech.

Wracając ze wzgórza San Donato, zatrzymywaliśmy się jeszcze wielokrotnie podziwiając architekturę i panującą atmosferę miasta. Ono żyje całą swoją tradycją i historią, żyje teraźniejszością. Zapewne wrócimy tam jeszcze i podczas kolejnych corocznych świąt zasiądziemy do stołu biesiadnego na placu pod gwieździstym niebem i stojąc przy starym barze wypijemy espresso. I kto wie może na jednym z wiszących zdjęć odnajdziemy siebie, stojących przy starym barze…